balsam

balsam

Nie ma się co oszukiwać – muśnięta słońcem skóra wygląda bardziej apetycznie, smukło i seksownie. Nie każda z nas jednak całe lato musi, może i chce leżeć plackiem na plaży, nie każda też lubi (mam nadzieję, że żadna!) chodzić regularnie na solarium. A przecież nie chcemy rezygnować z opalonego ciała! Na szczęście z pomocą przychodzą brązującego kosmetyki, których obecnie w sklepach jest całe zatrzęsienie.

Ten tekst to poradnik nie tylko dla tych z Was, które nie mają żadnego doświadczenia z samoopalaczami i balsamami brązującymi, ale także dla tych, które nie wyobrażają sobie bez nich codziennej pielęgnacji (to ja na przykład). Sama przetestowałam już chyba wszystkie dostępne na rynku, nakładałam (i nierzadko próbowałam za wszelką cenę zmyć je z ciała) każdym możliwym sposobem – czuję się więc w pełni uprawniona do udzielania rad (będzie też kilka trików, które mogą okazać się przydatne, jeśli nie teraz to w niedalekiej przyszłości).

Ps. Do stworzenia tego wyczerpującego tekstu sprowokowała mnie młodsza siostra, a dokładniej jej dwie nieudane próby z samoopalaczami. Do niedawna myślałam, że większość kobiet już wie, jak sobie radzić z tego typu produktami, bo napisano o nich już sporo, ale okazuje się, że teoretycznej wiedzy ciągle jest za mało.

Podstawa to odpowiednio przygotowane ciało

Śliczna, sztuczna opalenizna w dużej mierze zależy od tego, w jakiej kondycji jest nasza skóra. Niestety. W kilka minut cudów zdziałać się nie da – jeśli do tej pory zaniedbywałyście codzienną pielęgnację i traktowałyście ją po macoszemu, nie da się tego nadrobić w parę minut. Zakładam jednak, że nie jest z Wami tak źle. Jak więc przygotować skórę do aplikacji kosmetyków samoopalających? Najważniejszy jest porządny peeling. Pamiętajcie, żeby wybrać taki bez dodatków olejków (stworzą na skórze film, przez który samoopalacze nie będą mogły działać tak, jak powinny). Najlepiej sprawdzi się ten cukrowy, gruboziarnisty lub ten ze zmielonych ziaren kawy (możecie go kupić w papierowych saszetkach albo przygotować samodzielnie). Nie obejdzie się bez rękawicy do peelingu – może być ta najtańsza z drogerii. A więc do dzieła! To powinien być najbardziej dokładny peeling w waszym życiu.

Jeśli peeling to dla Was za mało (bo robicie go regularnie na co dzień) możecie pokusić się o wyszczotkowanie (tak dokładnie, wyszczotkowanie) ciała na sucho (przeznaczone są do tego specjalne szczotki z naturalnym włosiem i drewnianą rączką). Pamiętajcie jednak, żeby zrobić to dzień wcześniej, a potem mocno nawilżyć skórę odżywczym, regenerującym balsamem.

Co wybrać – samoopalacz czy balsam brązujący?

To zależy. Zdecydowanie odradzam samoopalacz tym z Was, które nigdy nie miały do czynienia nawet z balsamem brązującym (najlepszym przykładem i przestrogą niech będzie moja siostra, która samoopalaczem w spray’u spryskała całe ciało, po czym… niestarannie roztarła, zaczekała do wchłonięcia i przez dwa tygodnie w największy upał musiała chodzić w długich spodniach). Zacznijcie małymi kroczkami, po kolei.

Koniecznie odpowiednio wcześniej zacznijcie stosowanie brązujących produktów.

Jeśli jest piątek wieczorem, a Wy jutro macie ważne wyjście i za wszelką cenę chcecie wyglądać jak po powrocie z tygodniowych wakacji, to na pewno się to skończy źle, gwarantuję. Jeśli to tak zwany ostatni dzwonek – lepiej wybrać się na zabieg opalania natryskowego albo zastosować balsam bb/cc do ciała na godzinę przed wyjściem z domu.

Balsam brązujący będzie najlepszym rozwiązaniem dla początkujących, a także dla tych z Was, które nie lubią mocnego efektu i wolą delikatną, stopniową i bardziej naturalną opaleniznę. Balsamy najczęściej podzielone są na dwa rodzaje – do jasnej i do ciemnej karnacji. I tu uwaga – sama mam jasną karnację, ale korzystam najczęściej z tych do ciemnej – te do jasnej dają naprawdę minimalny efekt. To, co jest ogromną zaletą balsamów brązujących to to, że efekt opalenizny można pogłębiać – po 4-5 aplikacjach jest najbardziej intensywny.

Analogicznie, samoopalacze sprawdzą się u tych bardziej doświadczonych. Najczęściej nie dzielą się na jasną i ciemną karnację, a docelowy efekt pojawia się po jednej aplikacji.

Jaką wybrać formułę kosmetyku?

Jeśli już zdecydowałyście, czy bardziej odpowiada Wam balsam czy samoopalacz, pora wybrać jego formułę. A tych jest bez liku: kosmetyki brązujące mogą być w postaci olejku, żelu, pianki, mleczka, emulsji, kremu, balsamu, masła czy płynu (to te w spray’u sprzedawane razem z rękawicą – o nich za chwilę). Najlepiej wybrać taką, jaką ma wasz balsam do ciała. Dlaczego? Bo umiecie się z nią obchodzić. Jeśli wolicie gęste konsystencje, które wymagają dłuższego wsmarowywania wybierzcie krem, masło lub właśnie balsam. Jeśli lubicie lekkie balsamy sprawdzą się mleczka i emulsje. A jeśli jesteście za pan brat z tłustymi konsystencjami wybierzcie olejki. Każda formuła ma swoje plusy i minusy – dokładnie tak samo jak w przypadku klasycznych balsamów do ciała.

Na początek polecam te drugie – dość szybko się wchłaniają, ale nie tak szybko, żeby nie móc ich dokładnie rozsmarować. Nie pozostawiają też tłustej warstwy.

A co z zapachem?

No właśnie. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko tę kategorię to… nie znam idealnego produktu. Są takie samoopalacze, które pachną paskudnie, inne znośnie, a jeszcze inne całkiem nieźle. Ale takiego, w którym ta „specyficzna” nuta nie byłaby w ogóle wyczuwalna, jeszcze nie widziałam. Skąd ten zapach? Podstawowym składnikiem samoopalaczy jest dihydroksyaceton (DHA), czyli związek cukrowy, który wchodzi w reakcję z aminokwasami warstwy rogowej naskórka i zabarwia go na brązowo. Jest to proces podobny do… obsmażania mięsa na patelni. Niektórzy producenci starają się go zakamuflować dodatkiem ziaren kakaowca, orzechów czy wanilii, ale to na nic. Po jakimś czasie od aplikacji zapach i tak się pojawia. Cóż, trzeba z nim żyć.

Samoopalacze w płynie – czy to może się udać?

Tak! Sama bardzo długo takich używałam. Już tłumaczę, co to takiego. Są na rynku takie marki, które zajmują się wyłącznie opalaniem ciała. Mają więc w swojej ofercie profesjonalne produkty do użytku domowego, które nie mogą zrobić Wam większej krzywdy (oczywiście poza plamami po nieumiejętnym nałożeniu) więc śmiało możecie po nie sięgać. Minusy? Wymagają dużej staranności w nakładaniu i pielęgnacji ciała oraz cena. Plusy? Piękne, brzoskwiniowe ciało na tydzień.

Swoją przygodę z tego rodzaju produktami zaczynałam od marki Fake Bake. I nadal bardzo je polecam, szczególnie ten „60 minutes”. Jeśli nie wierzycie w opaleniznę natychmiastową, to pora się przekonać, że to faktycznie możliwe. Ogromnym plusem przy aplikacji jest to, że „widzisz gdzie nakładasz produkt”, bo mocno barwi ciało. Wygląda trochę tak, jak akwarelowa farba. Od razu uprzedzam, nie przejmujcie się tym, że z minuty na minutę Wasza skóra będzie ciemnieć. Po wskazanym czasie, czyli godzinie i tak wskakujecie pod prysznic – kolor jaśnieje przynajmniej o połowę. Do zestawu dołączona jest piankowa rękawica – jej użycie jest absolutnie obowiązkowe. Nigdy nie nakładajcie tego rodzaju produktów niezabezpieczoną niczym dłonią. Sprawdziłam…

A jak wygląda aplikacja? Spryskujecie płynem skórę, okrężnymi ruchami wcieracie produkt, czekacie godzinę i gotowe. Tak jak w przypadku samoopalaczy – uwaga na łokcie, kolana, stopy – zalecam mniejszą ilość produktu. Po 60 minutach bierzecie krótki prysznic, właściwie chodzi o spłukanie nadmiaru produktu, który się nie wchłonął. Nie nakładajcie balsamu nawilżającego na koniec – możecie to zrobić dopiero po mniej więcej 12 h.

Taka opalenizna powinna wytrzymać w idealnym stanie 7 dni, po tym czasie należy wykonać peeling i powtórzyć zabieg.

Jak nakładać kosmetyki brązujące?

Jeśli zdecydowałyście się na samoopalacz, nasmarujcie wcześniej całe ciało klasycznym balsamem do ciała i dajcie mu czas na wchłonięcie, jakieś 15-20 minut powinno wystarczyć. Jeśli wybrałyście balsam brązujący, możecie go nakładać od razu na skórę.

Zacznijcie od dołu, dokładnie, sumiennie (to klucz do sukcesu, nie da się tego zrobić „na odwal”), okrężnymi ruchami – nie zapominając o stopach, dłoniach i kostkach i o tym, żeby nałożyć go nie tylko z przodu (możecie się śmiać, ale sama nie raz miałam bardziej opalone nogi z przodu niż z tyłu). Są szkoły, które doradzają nakładanie samoopalacza w rękawiczkach lateksowych – odradzam, zupełnie się nie sprawdzają. Mniejszą ilość produktu nałóżcie na kolana i łokcie, choć wiem, że to trudne. Po użyciu koniecznie umyjcie dłonie.

Co po aplikacji?

Przede wszystkim należy unikać kontaktu z wodą na dobre 12 h. Jeśli opakowanie mówi, że mniej, nie wierzcie mu – najczęściej grozi to smugami albo nierównym ścieraniem się produktu. Każdy kosmetyk brązujący mniej lub bardziej wysusza skórę, więc jeśli chcecie, żeby opalenizna z tubki trzymała się jak najdłużej, dwa razy dziennie nawilżajcie ciało.

Mam smugi i co dalej?

Nic. Trzeba czekać. Sok z cytryny nie pomoże. Możecie zwiększyć częstotliwość peelingów i regularnie nawilżać skórę, ale i tak odczekać swoje musicie. Wszystko powinno wrócić do normy po 3-4 dniach, w zależności od tego jak mocnego specyfiku użyłyście.

Sprawdzone i polecane produkty:

Unikam samoopalaczy. Wolę balsamy brązujące, ale nadal przed większymi wyjściami zdarza mi się korzystać z ulubionego Fake Bake.

balsamy brazujace

Brązujące masło do ciała Magic Bronze Bielenda, cena 19 zł za 200 ml, balsam brązujący Natural Bronze Palmers, cena 35 zł za 200 ml, płyn opalający 60 minutes Fake Bake, cena 145 zł za 236 ml