wlosy2

W czasach, kiedy regularnie farbowałam włosy, na pielęgnację poświęcałam mnóstwo uwagi. Namiętnie testowałam odżywki i maseczki, które nie tylko sprawiały, że włosy wyglądały lepiej – pozwalały je w ogóle rozczesać. Zaraz obok nich na łazienkowej półce stały fioletowe płukanki i szampony, dzięki którym mój blond nie żółkł. Jedwabie w płynie, olejki, spray’e scalające końcówki i… cała masa innych produktów, które z większym lub mniejszym sukcesem poprawiały wygląd moich włosów. O perypetiach z farbowaniem włosów (przez blisko 13 lat miałam na głowie chyba każdy kolor, łącznie z różowymi końcówkami, nieplanowaną oliwką i nieudanym żółtkiem) napiszę kiedyś oddzielny tekst, bo przez te wszystkie lata uzbierało się sporo trików i porad, co robić, a czego absolutnie nie.

Przez ten czas, udało mi się znaleźć takie produkty, które zawsze mam na półce w łazience i mogę je polecić z czystym sumieniem. Musicie jednak pamiętać, że od kilku lat moje włosy nie wymagają wyjątkowej pielęgnacji, są w niezłej kondycji, więc nie znajdziecie tu masek ratujących życie.

wlosy

Szampon Plumping Wash Kevin Murphy, cena 125 zł za 250 ml

Zawsze byłam zdania, że szampon to szampon – jego głównym, i właściwie jedynym, zadaniem jest mycie włosów i skóry głowy. Co więcej – sceptycznie podchodziłam do szamponów 2 w 1, nie mówiąc już o tych, z dodatkowymi właściwościami jak wygładzenie rozdwojonych końcówek, nadanie blasku czy zwiększenie objętości – najczęściej „oblepiały” kosmyki, potwornie je obciążały i nie można było ich zmyć. Tak było do momentu odkrycia szamponu Plumping Wash marki Kevin Murphy. Wiem, że brzmi to jak słaba reklama, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę cenę tego „cudeńka”, ale ja nie żartuję.

Według opisu producenta – Plumping Wash to pogrubiający szampon do włosów cienkich i wypadających. Nie mam włosów ani cienkich, ani nadmiernie wypadających, nie cierpię też z powodu ich małej ilości, tym samym nie wiem, jak szampon poradziłby sobie z delikatnymi włosami do jakich jest przeznaczony. Z moimi natomiast robi cuda – sprawia, że mam burzę lekkich jak piórko włosów, które wyglądają świeżo przez cały dzień. Nie za bardzo umiem wytłumaczyć co może się kryć za pogrubiającym działaniem szamponu, mogę natomiast potwierdzić, że przyśpiesza ich wzrost (spokojnie, nie jest to zawrotne tempo, ale jednak zawsze odrobinę szybsze). Wiem, że cena sprawia, że można spaść z krzesła, ALE – wystarczy naprawdę niewielka ilość produktu do jednorazowego umycia włosów. Stosuję go naprzemiennie z innym dowolnym szamponem najczęściej jakimś oczyszczającym albo zawierającym cynk – taki zestaw starcza spokojnie na 3 miesiące regularnego używania. Jakby tego było mało, szampon pięknie pachnie i jest całkowicie wegański, jak wszystkie produkty marki Kevin Murphy. Coś w tym jest, że jeśli raz ich spróbujecie, to potem trudno z nich zrezygnować…

Odżywka w spray’u Total Repair Gliss Kur, cena 15,90 zł za 200 ml

Niby zwykła, drogeryjna odżywka… A potrafi zdziałać cuda! Nawet, jeśli moje włosy są w świetnej kondycji, to lubię, tuż po wytarciu ich ręcznikiem, spryskać je odżywką w spray’u – ułatwia to ich rozczesywanie i sprawia, że są miękkie i pięknie błyszczą. A do tego ten zapach! Odżywek z linii Gliss Kur jest całe mnóstwo – ja najbardziej lubię tę pierwszą, podstawową.

Maska Pearl Silver Maria Nila, cena 119 zł za 300 ml

Maski regenerujące stosuję raz w tygodniu, ale o wiele częściej sięgam po te, które dobrze wpływają na ich odcień. Marka Maria Nila ma w swojej ofercie kilkanaście od miedzianych i czerwonych, po niebieskości i zielenie – każda przeznaczona dla innego koloru włosów. Moją ulubioną jest ta fioletowa – nadaje jasnym włosom chłodne, słomkowe wykończenie. Zdarza mi się też łączyć jej siły z działaniem fioletowego szamponu (najlepszy jakiego używałam ma w swojej ofercie marka Joanna w linii Professional).

Spray rozjaśniający Go Blonder John Frieda, cena 49,90 zł za 100 ml

Nie farbuję włosów od dobrych 5 lat, ale ze spray’em Johna Friedy się nie rozstaję. Latem nie mam większego problemu z moim blondem – podoba mi się i nie próbuję go zmieniać, ale zimą wolę, gdy włosy wyglądają jak muśnięte słońcem. Spray od Johna Friedy nie jest typowym rozjaśniaczem – wielkiej rewolucji na głowie nie zrobi. Potrafi za to w umiejętny sposób „wpuścić” odrobinę światła we włosy. Możecie zakamuflować nim odrosty między kolejnymi wizytami u fryzjera, rozjaśnić końcówki i cieszyć się delikatnym ombre, albo rozjaśnić delikatnie włosy na całej ich długości. Co ważne – blond nie staje się żółty, a w połączeniu z wcześniej wspomnianą „fioletową” pielęgnacją wygląda rewelacyjnie.

Sól morska Tony&Guy, cena 39,99 zł za 200 ml

Nie używam kosmetyków do stylizacji włosów – mam słabość wyłącznie do soli morskich. Perpektywa posiadania włosów jak kalifornijska surferka jest silniejsza od czegokolwiek innego. Przetestowałam mnóstwo produktów z tej kategorii i ta od Toni&Guy nie ma sobie równych. Po spryskaniu nią włosów, faktycznie powstają fale! Włosy są pełne objętości i wakacyjnego looku. Jedyny minus jest taki, że sól wysusza włosy – ale mają to do siebie wszystkie produkty z tej kategorii. Zresztą, nie od nawilżania są produkty do stylizacji. Ach i jeszcze ten zapach – uzależniający!